Zabawy z liną
Dziś zabawy z liną czy gumą odeszły trochę do lamusa. Takie przynajmniej odnosi się wrażenie, gdy na placach zabaw rzadkim widokiem są grające w gumę dziewczynki. Ktoś ze starszego pokolenia mógłby powiedzieć: – Kiedyś to było inaczej… Faktycznie na podwórkach i ulicach na wsi dziewczynki zagrywały się w gumę, a i między blokami to był często spotykany widok. Ciekawą zabawą było też zupełnie zwykłe wzięcie kawałka sznurka i przekładanie go z rąk do rąk. Taka gra cieszyła się popularnością szczególnie w pochmurne dni. Lina towarzyszyła również w postaci skakanek. Ciekawostką i już trochę archaiczną zabawką pozostaje jojo kupione na odpuście – z trocin, w takim specjalnym jakby kolorowym sreberku. Lina była również dobrym sposobem na wspinaczkę po drzewach, była zawsze niezbędnym ogniwem do utworzenia huśtawki typu „zrób to sam” czyli weź kawałek sznurka i starą oponę z podwórka i przymocuj ja do interesującego cię drzewa z odchyloną gałęzią. Innym razem można było, a nadal można przywiązać trochę sznurka do patyka i zabawkę z piaskownicy w postaci ryby, by udawać, że się łowi ryby.
Zabawy kolonijne
Na zabawy przychodzi i czas na koloniach, szczególnie w pochmurne dni, choć i w dni słoneczne wśród mniejszego grona łobuziaków cieszą się uznaniem i popularnością. Ostatnio obserwuje się jednak tendencję nic nie robienia, dzieci wolą posiedzieć w pokojach i w jakiś sposób integrować się sami. Zabawy kolonijne muszą być wyjątkowo interesujące lub wyjątkowo wciągać do zabawy, by w ogóle ktokolwiek z uśmiechem przystąpił do gry. Okazuje się jednak często, że najprostsze rozwiązania potrafią przynieść najwięcej frajdy. I tak zwykła lina, długi kabel dostarcza radości nawet opiekunom i starszym kolonijnym grupom. Wystarczy rozbujać kabel i skakać przez niego większą grupą. Ubawu przy tym po pachy. Ciekawą grą jest również zabawa w kolonistę, należy pogrupować się na dwie drużyny, ustawić w jednej linii i wywoływać kolonistę, który będzie próbował tę linę utworzoną z ciał dzieciaków przebić. Gdy takiej osobie się uda, zabiera z drużyny przeciwnika jedną osobę, gdy nie – sama zostaje w tej drużynie.
Mówiąc zabawy bankowe, człowiek mógłby mieć skojarzenia z pewnikami, które odnajdą się wśród młodszego pokolenia. Chodzi jednak o wszelkie gry związane z bankiem. Ile razy człowiek będąc dzieckiem, nie próbował wcielić się w rolę dorosłych pracujących w banku czy innym urzędzie? Frajdę sprawiało przygotowanie banknotów, stworzenie książeczek czekowych. Dużo radości zawsze dawały pożyczki, gdy ktoś miał długi, to było coś. Przy użyciu sztucznie wyprodukowanych pieniędzy, ale uprzednio już przygotowanych, bo będących składnikami gry można również świetnie się bawić w różnym gronie, nawet łącząc młodszą generację ze starszą. Rzecz mianowicie o grach typu „Fortuna” czyli starsza wersja współcześnie cieszącej się duża popularnością gry „Monopoly” czy o innej nazwie „EuroBinzes”. I okazuje się, że siedzenie przy jednym stole, rzucanie kostką i kupowanie różnych obiektów z możliwością zaciągnięcia pożyczki jest wcale nie mniejszą frajdą niż jakieś gry komputerowe. Spędzać w taki sposób za stołem czas można nawet godzinami, o ile nie całymi dniami.
Czasem, a może częściej dzieciakom przychodzą do głowy dziwne pomysły na zabawy, których nawet byśmy się nie spodziewali. Rąbią takie dziwne zabawy, które robią dużą furorę, co jest naprawdę szokujące. Takie wożenie pociechy na materacach po panelach daje naprawdę wiele radości albo schowanie ukochanego dziecka do pudełka lub zapakowanie go w plecak naprawdę z perspektywy dorosłego jest czymś bezsensu, a dla dziecka stanowi naprawdę niesamowitą frajdę. Ostatnio zdziwiło mnie interesujące zajęcie mojego bratanka, którego w żaden sposób nie można zakwalifikować w kategoriach zabaw, to zabawa bez zabawy, ale dla dziecka zabawa – siedzenie czy leżenie w fotelu na balkonie i krzyczenie, takie delikatne wrzaskliwe darcie się, które nam dorosłym właściwie nie przeszkadza, a dziecku dostarcza nieprzeciętnej rozrywki. Chyba jeszcze bardziej lubię zabawę w chowanego bez chowanego właściwie, bo dziecko chowa się tak, że je zawsze widać. Ono same staje się już niewidoczne w momencie, gdy zasłoni sobie oczy i to nic, że jest widziane przez wszystkich naokoło.
Zdziwił i zastanowił mnie ostatnio jeden fakt. Podczas rozmowy z bratanicą na pytanie co podobało jej się najbardziej podczas ostatniego pobytu u babci, nie usłyszałam niczego w stylu pływanie w nowym basenie u sąsiada czy jakieś nowe petshopki. Odpowiedź składała się z jednego słowa: siano! To był klucz, którego w żaden sposób nie musiała tłumaczyć, bo kto nie uwielbiał w dzieciństwie zabaw w sianie czy to w stodole, czy to na łące. Największą jednak frajdą był chyba sam rytuał zwożenia siana z łąki do stodoły. Na kupie siana na traktorze czy papaju z góry tak wszystko wyglądało inaczej. Perspektywa widzenia rówieśników z wyżyn była czymś niesamowitym. Wydawało się, że jesteśmy jako dzieci dorośli, że pokonujemy pewne siły natury, że unosimy się nad ziemią, niejako nawet latając. Okazuje się, że w dobie komputerów dzieci zachwyca również pewna prostota, być może przez te fakt pewnej niesamowitości w sianie, której nie sposób racjonalnie jednak wytłumaczyć. Niezaprzeczalnie jednak taka siła istnieje, skoro jednak podczas rozmów na taki temat dzieci odpowiadają w taki, a nie inny sposób.